top of page
Automatophone-Logo-Black.png

--------------------------------------------------------------

fot. Agata Kubis/ Krytyka Polityczna

MM ksiązka 1.jpeg

BAŚŃ DOKUMENTALNA O GŁUCHYCH I MUZYCE

Konia z rzędem temu, kto zdołałby rozpoznać głuchotę u idealnie brzmiącej wokalistki jazzowej Mandy Harvey. Występowanie bez obuwia raczej nie wzbudza podejrzeń – wszak wielu słyszących wokalistów czyni podobnie. Tyle, że u Amerykanki jest to absolutnie konieczne, umożliwiając jej odczuwanie pulsu muzyki. A jak radzi sobie z melodią? Posługuje się do tego celu specjalnym urządzeniem, które wysyłając sygnały wizualne, pozwala jej dostroić się do dźwięku podstawowego tonacji piosenki. Resztę wysokości osiąga dzięki fenomenalnie rozwiniętej pamięci mięśniowej. Aż trudno uwierzyć, że zaledwie rok przed nagraniem debiutanckiej płyty „Smile” Mandy była przekonana, że muzykę odebrano jej na zawsze. Trudno się dziwić takiej konstatacji u osoby, który w wieku osiemnastu lat, w wyniku gwałtownej i nieprzewidywalnej choroby, całkowicie traci słuch. Zwłaszcza, jeśli śpiewam zajmuje się od czwartego roku życia, a muzyce poświęciła całe swoje dotychczasowe życie oraz edukację. Harvey porzuciła więc z dnia na dzień studia artystyczne na Colorado State University, straciła wiarę, popadła w depresję. Na szczęści miała u boku kogoś, kto wiarą zajmuje się zawodowo. Tata – pastor namówił ją do wspólnego grania na gitarach. I choć początkowo ten pomysł wydał się jej absurdalny, zgodziła się, by odkryć, że wychodzi jej to bardzo dobrze i przynosi pewną satysfakcję. Ze śpiewem sprawa okazała się zdecydowanie trudniejsza i wymagała od Harvey morderczego wysiłku. Do dziś spędza ponad 40 godzin tygodniowo na ćwiczeniu intonacji oraz dykcji w oparciu o pamięć mięśniową.

 

***

 

Próbuję zatem pogadać z głosem Adama na temat jego gustu oraz emocji, jakie wywołuje w nim wykonywanie muzyki w ramach Głuchej Orkiestry Perkusyjnej. Problem w tym, że ten w ogóle nie uważa swojego grania za muzykę. – Adam realizuje raczej scenariusz filmu, który układa w swojej głowie – wyjaśnia głos. – Nie myśli wtedy o dźwiękach ani pulsie. Wyobraża sobie na przykład potężnego, groźnego bohatera, który idzie w jego stronę. I każdy jego krok przekłada na uderzenie w ten niższy bęben, zaś jego wrzask zamienia w serię na talerzu. Co ciekawe, nie jest to prosta translacja rytmu ruchomego obrazu na bębnienie. Poszczególne dźwięki i gesty mogą wyrażać równie dobrze konkretne działania wyobrażonego bohatera, co jego emocje, słowa albo kolory wymyślonej scenerii. Perkusja jest więc dla Adama raczej ćwiczeniem intelektualnym niż fizyczno-emocjonalnym. Inaczej niż dla większości członków naszej grupy perkusyjnej, którym bębny, werble i talerze służą przede wszystkim do rozładowywania napięcia i osiągania bezpośredniej, energetycznej ekspresji.

 

***

 

– Gdy idziemy do internisty, na przykład z powodu grypy, to ten bardzo często usilnie namawia Adama do implantu ślimakowego, nie wiedząc nawet, że w jego wypadku mógłby w ogóle nie zadziałać – wyjaśnia Marta. – To nie jest cudowny lek, który od razu sprawia, że zaczynasz normalnie słyszeć, tylko bardzo poważna i ryzykowna operacja, a jej efekty mogą być różne. Mózg uczy się, czasami bardzo długo, jak interpretować sygnały z implantu. Ja na początku słyszałam wszystko jako piski. I było takie pasmo częstotliwości, które w ogóle do mnie nie docierało jako dźwięk, ale jako zawroty głowy i przekręcenie obrazu przed oczami o kilkadziesiąt stopni. Na szczęście udało się je „wyciszyć”...  Z kolei pewna znajoma Marty miała długo pozamieniane wysokie odgłosy z niskimi, a inna odczuwała dźwięki jako dotyk w różnych częściach ciała... Faza adaptacyjna w końcu jednak dobiega końca, ale ostateczny efekt nie zawsze jest satysfakcjonujący. Marta na przykład słyszy nieźle tylko w zamkniętych pomieszczaniach z nie więcej niż kilkoma docierającymi do niej źródłami dźwięku. Przez implant straciła też przyjemność z obcowania z muzyką. – Moi bracia mieli piękne drewniane kolumny. Gdy jeszcze używałam zewnętrznych aparatów słuchowych, bardzo lubiłam przy nich siadać i wsłuchiwać się w basy – wspomina. – Niestety operacja podwyższyła nieco wszystkie docierające do mnie dźwięki i odebrała im magię.

 

***

 

Brytyjce Janine Roebuck przez trzydzieści pięć lat udawało się ukrywać postępującą utratę słuchu, choć była aktywną śpiewaczką operową. Co ciekawe, mezzosopranistka niemal od początku wiedziała, na co się pisze. Diagnozę o genetycznym obciążeniu poznała bowiem w wieku osiemnastu lat. – „Muzykę traktuj raczej jako hobby”, powiedział mi wtedy lekarz – wspomina: – A ja po prostu kochałam śpiew i występowanie na scenie. Nie wyobrażałam sobie bez nich życia. Frustracja i determinacja uczyniły mnie wojowniczką. Chciałam zajmować się muzyką tak długo, jak to tyko było możliwe... Walka, którą podjęła Janine, była nie tylko heroiczna, ale też całkowicie samotna. Przez ponad trzy dekady nie mogła przecież zwierzyć się nikomu z branży, ani skorzystać z pomocy medycznej. Pod koniec kariery niezręczne incydenty na próbach i spektaklach stały się jednak nieznośne. – W wychodzeniu z tarapatów pomagało mi poczucie humoru, ale coraz częściej czułam się jak kulawy koń w biegu Grand National –  mówi emerytowana artystka. Przełom nastąpił, gdy  przeczytała w jednej z recenzji: „Bogaty kostium Roebuck zrobił bardzo dobre wrażenie, ale zaczynam się zastanawiać, czy one w ogóle słyszy muzykę”.

 

***

 

To pierwsze fragmenty ballady dokumentalnej „Opera dla Głuchych", nad którą Michał Mendyk pracuje w ramach stypendium artystycznego miasta stołecznego Warszawy. Reportaż stanowi w dużej mierze podsumowanie pracy, jaką my i nasi Głusi przyjaciele wykonujemy od 2017 roku w cyklu pod tym samym tytułem. Więcej informacji o planowanej książce wkrótce.

Logo Warszawa.png
MM ksiązka 2.jpeg

 © 2018 Fundacja Automatophone | Advanced Sound Experiments

bottom of page